sobota, 17 września 2016

Tanzania 2016

Wylot


            Nasze wakacje rozpoczęły się w Berlinie, w którym doznania kulturalne mieszały się z kulinarnymi. Jajka po benedyktyńsku i żeberka były wspominane jeszcze przez kilka kolejnych dni :)
Sam wylot z Berlina do Zurichu odbył się z drobnymi bagażowymi problemami. Mieściliśmy się co prawda w limicie bagażowym, ale mieliśmy za mało sztuk bagażu co groziło dość sporymi dodatkowymi kosztami. Na szczęście udało się dokupić dodatkową walizkę i reszta podróży do Zurichu i po przesiadce do Dar el Salam, odbyła się już bez większych problemów. Jedynym urozmaiceniem podczas podróży było międzylądowanie w Nairobi (Kenia), gdzie część pasażerów wysiadła a reszta przyglądała się grupie sprzątającej samolot :) Po godzinie ponownie wystartowaliśmy kompletnie nieświadomi jak duży wpływ ten epizod będzie miał  na naszą podróż powrotną. 
Przed samym lądowaniem stewardessy rozdały nam karty wjazdowe, w których musieliśmy wpisać m.in. po raz pierwszy i bynajmniej nie po raz ostatni nasze  nazwiska i numery paszportów.
            Po wylądowaniu w Dar el Salam dość sprawnie przebiegł proces kupna wizy i odbiór bagażu. W najbliższym kantorze wymieniłem trochę dolarów na tutejszą walutę i w ten sposób na kilka dni stałem się milionerem :)
Przed lotniskiem, z naszym nazwiskiem na kartce, czekała mocno wyluzowana Pani, która po przywitaniu zapakowała nas do busa i zawiozła do hotelu. Pani była bardzo sympatyczna, ale zachowywała się tak jakby właśnie coś dobrego wypaliła. Z czasem okazało się, że część kobiet w Tanzanii tak po prostu ma i już. Mówią powoli i jeszcze wolniej chodzą co było szczególnie zauważalne w restauracji :)

           Następnego dnia, po niezbyt rewelacyjnym śniadaniu zapakowaliśmy się ponownie do busa i wróciliśmy na lotnisko. Podczas samej jazdy zapamiętałem jeden obrazek, ludzi strzygących trawniki maczetami.

           Na lotnisku dla awionetek przeszliśmy kolejną oprawę bagażową, z prześwietlaniem bagażu, ściąganiem paska od spodni itp. włącznie. Oczywiście nie obyło się bez ponownego wypisywania imion, nazwisk i numerów paszportów. Nie wiedzieliśmy czy zmieścimy się w limitach bagażowych dlatego też oczekiwanie na wylot odbyło się w lekko nerwowej atmosferze. Po ok. 30 minutach wyszliśmy na lotnisko i wsiedliśmy do autobusu. Autobus ruszył, przejechał ok. 50 metrów, zatrzymał się, ...i wszyscy wysiedliśmy i już na piechotę przeszliśmy jakieś 100 m dzielące nas od awionetki. Nie wiem jaki był tego cel, może jakieś przepisy ? Poza nami i rzecz jasna pilotem nikt więcej nie leciał.



Jeszcze przed lądowaniem w parku, można było oglądać stada antylop i żyraf. Nie mogliśmy jedynie namierzyć naszego lądowiska :)



W końcu się udało i nawet miękko wylądowaliśmy. Za oknem widać zabudowania lotniska :)

Po wypakowaniu naszych bagaży co ze względu na gabaryty nie było taką prostą sprawą poznaliśmy naszego kierowcę i przewodnika Justina, który pomógł nam zataskać nasze bambetle do klasycznego, żywcem wyjętego z przyrodniczych filmów, Landrovera.



Co prawda wylądowaliśmy już na terenie Parku narodowego Mikumi, ale niestety musieliśmy się cofnąć do bramy wjazdowej aby dokonać kilku niezbędnych formalności, np. wypisania naszych imion i nazwisk i numerów paszportów :)  Niby prosta operacja trwała prawie godzinę - Hakuna Matata :) Na pocieszenie było wifi, dzięki któremu mogliśmy dać znać, że żyjemy.

Safari

            Nasz pierwszy game drive rozpoczęliśmy od lekkiego lunchu w bliżej położonym campie. Jedzenie i sam camp był OK, ale z naszym docelowym miejscem noclegu przegrywał w przedbiegach. Po posiłku zaczęło się upragnione safari, które spełniło w 100% nasze oczekiwania.



Pierwszy tzw. game drive zaczęliśmy z grubej rury. Były lwy ...


Były słonie ze słoniątkami



 pojedyncze słonie 



i słonie z awersją do ptaków :)

         Tego dnia widzieliśmy oczywiście sporo innych zwierzaków ale fajniejsze ujęcia udało nam się zrobić dopiero następnego dnia.
Po południu dojechaliśmy  do  campu, w którym mieliśmy spędzić kolejne dwie noce. Po dopełnieniu formalności, czyli wypisaniu imion, nazwisk, numerów paszportów itd. poszliśmy do naszych kwater.



Namioty są umieszczone na drewnianych platformach, dzięki czemu mogliśmy obserwować sawannę aż po horyzont.




... albo robić make up na kolejne safari :)



Namioty były typu 2 + 1




a to oznacza, że dla naszej czwórki były ciut za małe. To z kolei oznaczało, że nasze grzeczne inaczej dziewczęta zamieszkały w osobnym namiocie a to z kolei wprawiło mnie w bardzo dobry nastrój. Dorotę trochę mniej jak sobie uświadomiła, że obóz nie ma żadnego ogrodzenia i jedynym co będzie odgradzać nas od krwiożerczych zapędów dzikich zwierząt jest płótno namiotu :)



Nasza łazienka, na lewo był kibelek a na prawo prysznic.





Zachód słońca trwa króciutko, zaraz potem wyłączają prąd i otoczy nas nieprzenikniona ciemność :)








Namiot naszych córek, był trochę wyżej, ale to i tak nie uchroniło ich przed inwazją mrówek.
 


Na szczycie wzgórza był bar i restauracja i najfajniejszy widok na okolicę. Można było wyciągnąć nogi na stole, wziąć drinka  w jedną rękę, lornetkę w drugą rękę i obserwować zwierzaki przy wodopoju. Brakowało jedynie korkowego kapelusza na głowie i czarnoskórego lokaja w liberii :)

Safari dzień drugi


Noc przebiegła spokojnie, jedynie raz zbudził nas ryk lwów. Z dochodzących odgłosów można było wywnioskować, ze są w niewielkiej odległości od naszych namiotów. Chciałem nawet wyjść z latarką i to sprawdzić ale Dorota kategorycznie zabroniła mi się ruszać z łóżka :)  Gdy się zbieraliśmy rano na śniadanie, widzieliśmy leżącą przy wodopoju jedną z lwic.


Obok tego drzewa jest wodopój dla zwierzaków, lwica leżała pod drzewem




 
Po naprawdę pysznym śniadaniu zapakowaliśmy się do landrovera i ruszyliśmy w trasę.


Nigdy w  Polsce nie widziałem dudka, musiałem się pofatygować aż do Afryki aby go zobaczyć.


Tego dnia widzieliśmy mnóstwo żyraf. Różnią się od tych widzianych w zoo. Te mają postrzępione łatki na skórze.



Justin - nasz przewodnik


niedziela, 8 maja 2016

Malta 2016

Dzień 1 - Przelot i zakwaterowanie


              Wylot z Wrocławia był o ludzkiej porze, tak więc bez większego stresu dotarliśmy na lotnisko. Podczas odprawy jedynie Wiktoria była sprawdzana czy aby nie przemyca materiałów wybuchowych. To za karę za to, ze zapomniała w domu kamerę :)
2,5 godziny później odbieraliśmy już swoje bagaże na lotnisku w stolicy Malty Valettcie  a po chwili już podpisywaliśmy umowę najmu auta.  Moja pierwsza jazda lewą stroną autem z kierownica po prawej stronie była lekko stresująca. Na dokładkę Maltańczycy są wręcz zakochani w rondach co wcale nie ułatwiało mi zadania :) Ostatecznie, trochę wyczerpani ciągłym pilnowaniem abym nie zaczął jechać pod prąd, dojechaliśmy do hotelu w miejscowości Bugibba.
Na miejscu okazało się, że wybrany nocleg nie do końca był tym czego oczekiwaliśmy. Pokoje ciemne a łazienka miała wyraźne problemy z wentylacją. Na szczęście obsługa, poza jednym pościelowym epizodem, była bardzo fajna. Śniadania, biorąc pod uwagę standard pokoju, tez były OK.
Jeszcze tego samego dnia poszliśmy do centrum nurkowego, z którym wcześniej wstępnie umówiliśmy się na nurkowania. Zdecydowałem się na polskie centrum nurkowe i to był nasz drugi, po noclegu, błąd ale na szczęście już ostatni.
Po omówieniu niezbędnych spraw i umówieniu się na nurki na następny dzień, poszliśmy się poszwendać po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś miejsca gdzie moglibyśmy coś przekąsić.

Dzień 2 - Check Dive w wiosce Popeye



aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa



Zbiórka była o 8:30 czym moje dziewczyny nie były zbyt zachwycone. Na szczęście do bazy z hotelu było raptem 5 min. na piechotę.





Pierwsze nurkowania w wiosce Popeye, scenografii do filmu z Robinem Williamsem w roli krzepkiego marynarza :).








Zjazd do wody jest dosłownie wycięty w skale





Tutaj widać to bardzo dobrze


Pierwsze nurkowanie, czyli check dive jest po to aby nurkowie mogli ogarnąć swój sprzęt, dobrać odpowiednią ilość balastu a przewodnicy mogą jednocześnie sprawdzić jaki poziom wyszkolenia i doświadczenia reprezentują poszczególni nurkowie. Bardzo często posiadane certyfikaty maja się nijak do rzeczywistych umiejętności nurka :)
To nurkowanie było zarazem pierwszym prawdziwym nurkowaniem dla Idy.

Po południu pojechaliśmy do portowego miasteczka Marsaxlokk, w którym przekąsiliśmy trochę lokalnych owoców morza.




Port w Marsaxlokk z charakterystycznie pomalowanymi łodziami


...i budynek a raczej budyneczek policji.


Dzień 3 - Blue Grotto i Cirkewwa


Tego dnia był ambitny plan zanurkowania w okolicy słynnej Blue Grotto. Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany i pozostało nam jedynie obejrzenie jej z lądu





Z góry morze wyglądało na spokojne.



 Jednak gdy zeszliśmy na dół okazało się, że wysokie fale  uniemożliwiały bezpieczne zejście do wody.


W oczekiwaniu na decyzję właściciela centrum nurkowego poszwendaliśmy się trochę po okolicy. Dorota na przykład znalazła tajemniczą dziurę w skale, która najprawdopodobniej jest połączona z morzem. 


Gdzieś po godzinie pojawił się plan B - Cirkewwa. Plan miał drobny mankament, trzeba było przejechać przez prawie całą wyspę co mając na uwadze rzęcha jakim się poruszaliśmy, zbytnio nas nie uradowało.
Cirkewwa jest portową miejscowością, z której odpływają promy na Gozo. Tutaj nurki na szczęście się udały.




Najmłodszy nurek w całej ekipie :)



Dzień 4 - Wyspa Comino i Błękitna Laguna

Niewielka wyspa Comino położona jest pomiędzy Gozo i Maltą. Podobno mieszka na niej na stałe tylko jedna rodzina. Jednak nie z tego powodu znana jest na całym świecie. Na wyspie jest podobno przepiękna błękitna laguna.









Mówię "podobno" bo tylko Dorota ją widziała na własne oczy, nurkowania były z drugiej strony wyspy.




Niestety sporym mankamentem są tabuny ludzi regularnie dowożonych łodziami z Malty i Gozo. Ciekawe jak tutaj jest w szczycie sezonu :)



Na miejsce dopłynęliśmy taką kolorową łódką. Malta jest bardzo katolicka ale mimo to wszystkie łódki maja na dziobie wymalowane oczy ozyrysa.





Wiktoria na bramce przy wejściu do kibelka.




Dzień 5 - Lazurowe okno i tuńczyki

Dzisiaj mieliśmy zanurkować w najbardziej znanym miejscu Malty czyli obok słynnego lazurowego okna na wyspie Gozo. 




W zasadzie to zanurkowaliśmy pod nim. Na dnie leżą potężne bloki skalne które oderwały się od okna kilka lat temu. Ciekawe czy ktoś wtedy akurat nurkował :)




Miejsce jest znane choćby z pierwszego sezonu Gry o tron.





Aby zanurkować musieliśmy najpierw  doczłapać na miejsce ze sprzętem na plecach, który w całości pewnie waży z 40 kg.




 

Miejsce, w którym się zanurzaliśmy jest tak swego rodzaju studnią połączoną z podwodnym kanionem.








Pierwsze nurkowanie zakończyliśmy przepłynięciem tego tunelu.




Wylot tunelu




Ida ze swoim osobistym instruktorem, Włochem Giorgio, szykują się do kolejnego nurka :)





W tunelu kursują łódki dlatego tak istotne jest aby się w nim nie wynurzać.





 Dorota z dziewczętami zdecydowała się na taki kurs i popstrykała kilka fotek.





Azure window z drugiej strony




Bohaterka dnia, która najprawdopodobniej uratowała skórę jednej z pań, która pod wodą trochę się pogubiła i zaczęła opadać na dno.




                Po drugim nurkowaniu zapakowaliśmy sprzęt na auta a auta na prom i wróciliśmy z Gozo na Maltę.
Tego dnia mieliśmy już sporo przygód, mimo to zdecydowaliśmy się na jeszcze jedną czyli nurkowanie na farmie tuńczyków. Po wypłynięciu z portu okazało się, że fale są dość duże. Mimo to zdecydowaliśmy się zanurkować. Po krótkim szkoleniu wszyscy wskoczyli do wody.
Taka farma to nic innego jak wielki pionowy cylinder utworzony z sieci o średnicy 15 metrów i wysokości ok. 30 metrów. Aby wejść do niego trzeba było pokonać okrąg utworzony z pływaków co przy większej fali nie było to takie łatwe.
Po zakończeniu nurkowania okazało się, że kilka osób przy próbie forsowania pływaków pogubiło balast co uniemożliwiło zanurzenie. Z kolei na pokładzie łodzi był pogrom spowodowany chorobą morską. Tylko nielicznym udało się popływać w ławicy tuńczyków.


Dzień 6 - Blue Grotto poraz drugi i Mdina


                Tego dnia postanowiliśmy ponownie spróbować zanurkować koło Blue Grotto i zobaczyć jeden z bardziej znanych wraków, libijski tankowiec Um el Faroud. To nurkowanie było dość trudne i tylko część z nas na nim zanurkowała. Reszta grupy zanurkowała trochę płycej i bliżej brzegu.




Ida tego dnia po zeszłodniowej przygodzie z tuńczykami była zbyt zmęczona aby zanurkować.



Wiktoria :)




Okolice Blue Grotto






Niestety po pierwszym nurku pogoda się pogorszyła i ostatecznie zrezygnowaliśmy z kolejnego nurkowania. Tym samym pierwsze nurkowanie tego dnia było zarazem naszym ostatnim. Resztę dnia postanowiliśmy spędzić w malowniczej, Mdinie.



W dawnej stolicy Malty, ruch kołowy jest całkowicie zakazany. Jedynie mieszkańcy, których jest raptem kilkuset i wozy dostawcze mogą wjechać do miasta. Z tego powodu w mieście jest bardzo cicho i łatwiej jest wczuć się w panującą tutaj atmosferę.




Brama prowadząca do miasta










W niewielkim muzeum zafascynował nas Mike, uliczny automat umożliwiający nagrywanie głosu.


Mike został zbudowany w 1920 r w Hong Kongu i za 6 pensów umożliwiał nagranie ok. 125 słów na aluminiowej płycie.




Mike potrafił oczywiście też odtworzyć zapisane płyty. Trzeba było jedynie dokupić drewnianą igłę :)



Wejście do muzeum









Wiktoria obfotografowała chyba wszystkie drzwi w mieście














Widok z murów obronnych na okolicę






Kościół z obowiązkowymi dwoma zegarami






Pobyt w Mdinie zakończyliśmy w Fontanella Tea Garden, które słynie z malowniczej lokalizacji i ogromnych porcji przepysznych ciast. Faktycznie, nie udało nam się zjeść do końca żadnej porcji. Same ciasta były dobre ale lepsze jadam w domu :)


Dzień ostatni - wycieczka na Gozo

            Tego dnia, postanowiliśmy poszwendać się po Gozo. Po zjechaniu z promu postanowiliśmy najpierw dojechać nad brzeg morza i w miarę możliwości jechać wzdłuż jego brzegu.



Na Malcie większość przewodów poprowadzonych jest nad ziemią


Szczególnie na Gozo, większość domów ma przy wejściu małe kapliczki albo przynajmniej figurkę Chrystusa.



Obowiązkowo każdy dom ma swoja nazwę. Taka nazwa podawana jest też w oficjalnym adresie.




W końcu dojechaliśmy do miasteczka Marsalforn. Nie dane nam było jednak odpocząć nad brzegiem morza :)



Xwejni bay - malownicza zatoczka tuż za miasteczkiem
Marsalfon



Wygląda jak nawiany piasek ale w rzeczywistości jest to twarda, wyszlifowana wiatrem skała.



Na drugim planie widać drogę, którą zaraz mieliśmy przejechać. Problem w tym, że co chwila była zalewana i trzeba się było wstrzelić z przejazdem pomiędzy dwoma kolejnymi falami :)



Na pierwszym planie widać solanki, z których przez setki lat pozyskiwano sól.








Kolejny przystanek, strome i cholernie wysokie klify w południowej części Gozo




do tego niespokojne morze i porywisty wiatr, było naprawdę niesamowicie :)











Kolejnym punktem tego dnia było Wied Il-Mielah Window



Mniej znane niż Azure Window ale równie fascynujące  miejsce.






Schodkami można zejść na sam dół ...




...ale nie tego dnia. Kilkanaście dni wcześniej dokładnie w tym samym miejscu w śmiertelnym wypadku polski nurek został dosłownie zmyty do morza.







Niedaleko Wied Il-Mielah Window odkryliśmy miejsce, w którym być może spędzimy nasz kolejny wyjazd na Maltę.



Z zewnątrz nie wygląda zbyt zachęcająco ale wewnątrz robi się już dość interesująco :)




To był w zasadzie nasz ostatni punkt programu. Zaraz potem pojechaliśmy do portu i promem wróciliśmy do naszej noclegowni w Bugibba. 



Następnego dnia, po śniadaniu pojechaliśmy na lotnisko i już bez większych przygód wróciliśmy do Wrocławia.